Prolog
Dziewczyna, która miała wkrótce zostać znaleziona martwa z podciętym gardłem, szła poboczem słabo oświetlonej drogi. Poruszała się energicznie, niemal biegła, przyciskając torebkę do boku, podczas gdy prawa ręka mocno pracowała w rytm kroków. Była wysoka i szczupła. Pod krótkim, zimowym płaszczem kryła się perfekcyjna figura.
Sylwetka modelki.
Doskonałe ciało.
Kim jesteś, ślicznotko? I co robisz w tym miejscu sama, o tak późnej porze? Czyżbyś spóźniła się na ostatni tramwaj i teraz spieszysz się do najbliższego przystanku, żeby złapać nocny autobus?
Nierozsądna decyzja.
Trzeba było wziąć taksówkę.
Dziewczyna przyspieszyła krok i obejrzała się za siebie. Przez chwilę w świetle reflektorów mignęły jej blada twarz i szeroko otwarte, duże oczy.
Bała się.
A może umówiłaś się z kimś na spotkanie? Narzeczony? Kochanek? Z pewnością długo czekałaś, marznąc na mrozie i niecierpliwie spoglądając na zegarek. Nie przyszedł.
W końcu poddałaś się i ruszyłaś wprost przed siebie, chcąc wyładować wściekłość na niego, prawda?
Błąd.
Trzeba było czekać.
Nawet przez ten krótki moment można było zauważyć, że jest niezwykle piękna. Wyraźne, klasyczne rysy twarzy, wydatne usta i długie, jasne włosy opadające niemal do samych pośladków, ciasno opiętych połami beżowego płaszcza. Pośladki pracowały rytmicznie, przyciągając wzrok jak magnes.
Fascynujący widok.
Dziewczyna miała długie, szczupłe nogi, zakończone sięgającymi za kostkę butami na wysokich, cienkich obcasach. Było coś niezwykle intrygującego w widoku jej naprężonych łydek.
Młode dziewczyny nie powinny spacerować samotnie w takim miejscu.
Dziewczyna była rozgrzana szybkim i forsownym marszem.
Była bardzo młoda.
Bezbronna.
Idealna ofiara.
Rozdział 1
Najlepszą kawę w Warszawie podają na stacji benzynowej niedaleko lotniska Okęcie. Przynajmniej według mnie. Nie, żebym był jakimś szczególnym smakoszem kawy, ale tylko tutaj potrafią zrobić ją dokładnie tak, jak lubię: mocną, z mnóstwem cukru i grubą warstwą spienionego mleka. Prawdziwy ulepek. W największym kubku. Duża dawka kofeiny zwalcza zmęczenie, a glukoza dodaje energii.
Stałem przy wysokim stoliku, odwrócony tyłem do zaspanego kasjera i patrzyłem przez szybę, jak na zewnątrz wstaje świt. To była pracowita noc. Długa, mroźna, ale owocna. Kawa smakowała wyśmienicie. Piłem ją leniwymi łykami. Czułem, jak gorący płyn wlewa się do wnętrza mojego ciała. Byłem zadowolony.
Z miejsca, w którym stałem, widziałem masywną sylwetkę czarnego chryslera 300C zaparkowanego tyłem do budynku stacji. Należał do mnie. Zwykłe narzędzie pracy. Mały parking został odśnieżony, a linie wyznaczające miejsca postojowe były doskonale widoczne. Samochód stał pośrodku, oba miejsca po bokach były wolne. Byłem jedynym klientem. Nic dziwnego o tak wczesnej porze.
Za ogrodzeniem stacji rozciągał się teren lotniska i widać było plątaninę rurociągów dochodzących do bazy paliwowej. Na bocznicy kolejowej stały pękate cysterny, a nad niskim, kanciastym budynkiem unosiły się tumany pary. Gdzieś daleko pracowały odrzutowe silniki. Słychać było basowy pomruk, a w powietrzu wyczuwało się delikatne wibracje. Po chwili dźwięk zmienił się w jednostajny wizg.
Na drodze prowadzącej do stacji pojawił się osobowy samochód. Jechał szybko, ostro ścinając zakręt na niewielkim rondzie. Kierowca zwolnił, włączył migacz i gwałtownie skręcił na teren stacji. Przejechał obok dystrybutorów, a potem zajechał prosto na parking. Zatrzymał się przodem do mnie, po lewej stronie chryslera.
Kierowca zgasił światła, ale silnik wciąż pracował. W mroźnym powietrzu biały obłok spalin powoli snuł się tuż nad ziemią. Oprócz kierowcy ktoś siedział na fotelu pasażera, ale trudno było dostrzec rysy twarzy. Nie sposób było stwierdzić, czy ktoś znajduje się na tylnym siedzeniu. Samochód był srebrny. Sedan. Nissan Primera. Nic szczególnego.
Wziąłem kolejny, długi łyk kawy. Na wierzchniej części nadgarstka dostrzegłem liczne rude plamy. Potarłem je palcem, ale zakrzepła krew nie daje się łatwo zetrzeć. Trzeba użyć zimnej wody. I mydła. Albo innego środka czyszczącego. Kawa była tak gorąca i słodka, aż łzy napłynęły mi do oczu.
Po chwili na rondo wjechała biała furgonetka. Volkswagen Transporter. Podobnie jak kierowca nissana, ten z furgonetki skręcił na teren stacji, nie zatrzymując się przy żadnym z dystrybutorów. Nie włączył kierunkowskazów. Przed parkingiem przyhamował i, tocząc się wolno, zaparkował po prawej stronie chryslera. Zgasił światła, pozostawiając silnik na chodzie. Furgonetka była biała, z tyłu nie miała żadnych okien, żadnych napisów czy reklam. Ktoś siedział na fotelu pasażera.
Wlewałem w siebie kawę długimi, powolnymi łykami i obserwowałem znajdujące się za szybą samochody. Nikt nie wysiadał; silniki pracowały na wolnych obrotach, produkując kłęby pary. Nie miałem wątpliwości, że nissan, jak i furgonetka mają ze sobą coś wspólnego. Prawdopodobnie ekipa budowlana, jakich wiele przyjeżdża do pracy. Zatrzymali się na stacji i najwyraźniej czekają na kogoś, kto ma do nich dołączyć. Normalna sprawa. Zostało mi jeszcze pół kubka kawy.
Nagle wszystkie drzwi nissana otworzyły się jak na komendę i wysiadło z niego czterech mężczyzn. Mimo że każdy wyglądał inaczej, zdawało się łączyć ich jakieś podobieństwo. Mieli obojętne twarze, niedbałe ruchy, a ich spojrzenia były czujne. Bez wątpienia stanowili zespół. Zachowywali się, jakby działali według starannie przećwiczonego schematu.
Najstarszy z nich, około pięćdziesiątki, najprawdopodobniej był szefem. Został przy nissanie i oparty o maskę, zapalił papierosa. Patrzył daleko, ponad ogrodzeniem stacji benzynowej. Drugi stanął niedaleko wejścia, z ogromną uwagą studiując cenę zimowego płynu do spryskiwaczy. Przed nim pięciolitrowe pojemniki były ustawione w piramidę. Był wysoki, potężnie zbudowany i kompletnie łysy. Typ kulturysty. Miał na sobie czarnego flyersa, jakich używają ochroniarze w tanich dyskotekach. Mimo zimna, kurtka była rozpięta z przodu, odsłaniając biały podkoszulek, pod którym rysowały się zwoje mięśni rozrośniętych do granic absurdu.
Pozostali dwaj niczym szczególnym się nie wyróżniali, ale byli doskonałymi aktorami i starali się, by tak właśnie wyglądało. Jeden był odrobinę wyższy od drugiego; obaj jeszcze przed czterdziestką. Mieli na sobie dobrze skrojone garnitury. Typ agenta ubezpieczeniowego albo menedżera średniego szczebla.
Sączyłem kawę, czując, jak słodkie ciepło spływa po ściankach przełyku, rozgrzewając ciało od środka. Kofeina zaczęła już działać, przyspieszając bicie serca i wprawiając krew w szybsze krążenie. Po niedawnej senności nie było już śladu. Zostało mi jeszcze kilka łyków.
Za moimi plecami automatyczne drzwi rozsunęły się z głośnym syknięciem i poczułem na karku podmuch mroźnego powietrza. Ci dwaj w garniturach weszli do środka, a jeden z nich wybuchnął śmiechem, jakby właśnie usłyszał najlepszy dowcip w swoim życiu. Głośny, zdrowy śmiech.
Zbyt głośny.
Stałem do nich tyłem, nie widząc, co robią ani gdzie się znajdują. Słyszałem, jak jeden podszedł do kasjera stojącego za kontuarem, a drugi przeszedł do części sklepowej i zatrzymał się przy którymś z regałów. Był poza moim polem widzenia. Drzwi zamknęły się bezgłośnie.
Dopiłem kawę do końca. Na wewnętrznej powierzchni plastikowego kubka osiadła gruba warstwa mlecznej pianki. Przez chwilę rozważałem, czy nie zamówić kolejnej kawy, ale ostatecznie porzuciłem tę myśl. Czułem się przepełniony. Poza tym nie lubiłem nadmiaru kofeiny. Czas zakończyć dzień. Albo noc. Zresztą, co za różnica.
Ruszyłem w kierunku wyjścia. Idąc obok drzwi, które elektroniczny portier usłużnie rozsunął, wrzuciłem opróżniony kubek do kosza na śmieci. Wylądował celnie w niklowanym pojemniku. Rozległ się głośny, metaliczny dźwięk.
Skinąłem na pożegnanie kasjerowi. Nie wykonał najmniejszego ruchu. Jego twarz była blada jak kreda. Mężczyzna stojący przed nim opierał się o ladę. Nie obejrzał się. Drugi stał bokiem pomiędzy regałami i czytał jakąś kolorową gazetę. Nie zwracał na mnie uwagi.
Udawał.
Na zewnątrz owiało mnie zmrożone powietrze i odległy dźwięk pracujących silników odrzutowych. Gdzieś niedaleko musiał być początek pasa startowego, a jakiś samolot właśnie przygotowywał się do lotu. Mięśniak tkwił w tym samym miejscu i wciąż gapił się na cenę płynu do spryskiwaczy. Z rozpiętą kurtką sprawiał wrażenie, jakby wcale nie odczuwał zimna. Skierowałem się w kierunku chryslera. Za plecami słyszałem, jak obaj mężczyźni ruszyli za mną i znaleźli się na zewnątrz, zanim drzwi zdążyły się ponownie zamknąć.
Przeszedłem powoli, czując, jak lodowate macki wciskają się pod ubranie. Z każdym oddechem wokół ust tworzył się biały obłok szybko marznącej pary. Zatrzymałem się na chwilę obok dystrybutora z paliwem i sięgnąłem do kieszeni spodni po kluczyki. Miałem mnóstwo czasu. Nie było potrzeby się spieszyć. Tamci dwaj i Mięśniak zatrzymali się trzy kroki za moimi plecami. Milczeli. Oczekiwali.
Wyjąłem kluczyki i ruszyłem dalej. Tamci również ruszyli. Teraz znajdowali się dwa kroki za mną. Wdusiłem przycisk zdalnego odblokowywania zamków. Czarna bryła samochodu ożyła. Przednie światła błysnęły trzykrotnie, informując, że zamki zostały odryglowane. Przyspieszyłem krok. Mężczyźni także przyspieszyli. Niemal czułem na karku oddech Mięśniaka. Sapał ciężko i chrapliwie, jak ktoś, kto ma silny katar. Nie miałem wątpliwości. Chodziło im o mnie. Zresztą, poza kasjerem w budynku stacji nie było nikogo innego. Ryk silników stawał się coraz intensywniejszy.
Mężczyzna stojący przy nissanie palił spokojnie papierosa, patrząc w moim kierunku. Czułem na sobie jego uważny, skupiony wzrok. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, nagle odrzucił papierosa i poruszył ustami. Niedopałek poszybował parabolicznym lotem i wylądował w zgarniętym na bok śniegu. Mężczyzna mówił cicho i szybko, jakby coś komuś relacjonował. Albo wydawał rozkazy. Dopiero teraz dostrzegłem cienki kabelek biegnący z jego lewego ucha i znikający pod kołnierzem skórzanej kurtki.
Kiedy znalazłem się obok długiego przodu chryslera, mężczyzna ruszył w moim kierunku. Coś głośno krzyknął, ale został zagłuszony przez ryk startującego samolotu. Głuchy, narastający grzmot przetoczył się za moimi plecami niczym bliski odgłos gromu. Mężczyzna wciąż krzyczał, starając się zagłuszyć ryk silników odrzutowych. Zatrzymałem się. Spojrzałem na niego. Miał wykrzywioną z wściekłości twarz i wyciągał ręce w moim kierunku. W dłoniach trzymał jakiś ciemny, klamkowaty przedmiot. Natychmiast rozpoznałem kanciasty kształt. Glock 17.
Dobry wybór.
I wtedy furgonetka eksplodowała. Boczne oraz tylne drzwi otworzyły się z głośnym hukiem i z ciemnego wnętrza zaczęli wyskakiwać mężczyźni w bojowym rynsztunku. Każdy z nich miał na sobie mundur maskujący w kamuflażu multicam, kamizelkę kuloodporną oraz kevlarowy hełm. Każdy był świetnie wyszkolony, szybki i doskonale wiedział, co ma robić. I każdy mierzył do mnie z ulubionej broni wszystkich antyterrorystów na świecie. Pistolet maszynowy na naboje 9 milimetrów. Heckler und Koch MP5. Lekki, poręczny i zabójczo skuteczny w odpowiednich rękach.
– Na ziemię! – krzyknął ktoś.
Zatrzymałem się. Nie miałem żadnych szans. Nie miałem też żadnych wątpliwości, iż to ja jestem ich celem. Żadnej możliwości ucieczki ani walki. Ale tym bardziej nie miałem żadnego zamiaru kłaść się dobrowolnie na pokrytym lodem i zmarzniętym śniegiem asfalcie. Po prostu stałem przed maską mojego samochodu bez ruchu.
Czekałem.
– Na ziemię! – powtórzył ten sam, natarczywy głos.
Nie ruszyłem się. Oddział antyterrorystów otoczył mnie ciasnym półkolem. Ktoś podciął mi nogi. Potężny, zdecydowany cios. Jednocześnie obie moje ręce zostały unieruchomione w stalowym uścisku i brutalnie wykręcone do tyłu. Runąłem bezwładnie tułowiem na maskę chryslera, w ostatniej chwili wykręcając głowę w bok, aby chronić nos przed złamaniem. Poczułem na sobie wiele dłoni. Ktoś położył się na mnie całym ciałem, kompletnie unieruchamiając. Miałem wrażenie, że przygniotła mnie lawina kamieni. Słyszałem nad uchem chrapliwe sapanie i domyśliłem się, że to musi być Mięśniak. Nie było sensu stawiać jakiegokolwiek oporu. Posłusznie dałem założyć sobie kajdanki. Były przeraźliwie zimne.
Na amerykańskich filmach następną rzeczą, która wydarzyłaby się po zatrzymaniu kogoś, byłoby odczytanie jego praw. Jednak to nie był film. Ani Ameryka. Wszystko odbywało się w ciszy; słychać było jedynie sapanie Mięśniaka, przyspieszone oddechy zgromadzonych wokół mnie mężczyzn oraz metaliczne cykanie stygnącego silnika pod maską. Był jeszcze ciepły.
Zostałem dokładnie przeszukany i po chwili na masce znalazły się wszystkie przedmioty, które miałem przy sobie. Niewiele tego było: portfel, kluczyki do samochodu oraz telefon komórkowy. Nie jestem typem gadżeciarza.
Leżąc na boku, jednym okiem widziałem pokryte chmurami niebo oraz lufę MP5 przytkniętą niemal do mojego nosa. Wydawała się ogromna i zataczała niewielkie koła. Nagle w polu mojego widzenia pojawił się mężczyzna. Ten najstarszy. Trzymał w ustach zapalonego papierosa, a w dłoni mały przedmiot. Słyszałem ciche kliknięcia klawiszy telefonu komórkowego, gdy wybierał numer. Po chwili przyłożył telefon do ucha i czekał na kogoś, kto odbierze po tamtej stronie.
Połączenie zostało nawiązane natychmiast.
– Mamy go! – rzucił krótko.
Myliłem się.
Z całą pewnością nie byli to robotnicy budowlani.
Dziękuję za przeczytanie tego fragmentu!
Wkrótce zapraszam do zakupu!
Czarna Skrzynka
