Mówią na mnie Stary Jan, bo jestem już stary i wkrótce odejdę z tego świata. Na zawsze. Taka jest kolej rzeczy i już dawno się z tym pogodziłem. Niecierpliwie czekam na ten dzień. Albo noc. Chociaż jestem pewien, że stanie się to właśnie o świcie. Każdego ranka z nadzieją otwieram powieki, że to dziś. Że to już. Że nadszedł mój długo wyczekiwany koniec. I za każdym razem budzę się ze smutkiem. Z żalem. Moje serce przepełnia wtedy poczucie winy. I przeklinam go. Najwyższego. Za to, że wciąż pozwala mi żyć.

Czy miałem dobre życie? Z pewnością było długie. O wiele za długie. Ktoś mógłby powiedzieć, że było to ciężkie życie. Biedne życie. Nędzne. Że żyłem życiem bardziej podobnym do zwierzęcego aniżeli ludzkiego. Albo robaczego.

Nie dbam o to. Życie to życie. Tak jak kamień to tylko kamień. Dla jednych jest bezcennym klejnotem, podczas gdy innym może przypominać kupę łajna. Wszystko jest kwestią punktu widzenia. Nigdy nie przykładałem wagi do tego, co ludzie gadają.

Niczego, co zrobiłem w życiu, nie żałuję. Żadnej rzeczy. Żadnego uczynku. I tych licznych gardeł, które poderżnąłem. I tych wyprutych trzewi. Ani tych hektolitrów krwi, których utoczyłem. Ani nawet tamtej pulchnej Hucułki, którą wtedy wzięliśmy całym oddziałem w stogu siana po kolei. Byłem młodym i głupim żołdakiem, a wokół mnie toczyła się wojna. Straszna wojna. Bezlitosna z jej wszystkimi prawami. Wojna, której sensu nie rozumiałem.     

I tylko tej jednej, jedynej rzeczy nie mogę sobie wybaczyć!

Jedyne bowiem czego żałuję to, że tego nie zrobiłem!

Wtedy. Tamtego dnia.

Że nie powstrzymałem. Tego szaleństwa. Jego szaleństwa.

Dlatego opowiem wam tę historię. Przynajmniej tyle mogę zrobić.

Zanim odejdę.

Teraz już na zawsze.

* * *

Krzyk był głośny, rozdzierający i nieludzki. Jakby ktoś cierpiał straszliwe męczarnie albo właśnie konał, wydając z płuc ostatnie tchnienie. Ostry, wibrujący dźwięk wznosił się i opadał rytmicznie, ginąc w gwałtownych porywach wiatru niosącego śnieżną zamieć, by po chwili wzmóc się z podwójną siłą. Nie dało się stwierdzić, czy to mężczyzna, kobieta, dobijany koń, czy też może złudzenie wywołane przez wichurę. Zwłaszcza że w śnieżną i nieprzeniknioną noc mogą dziać się różne, dziwne rzeczy.

– Wilki? – wymamrotał rotmistrz Ksawery Chlebowski wyrwany tak nagle z pijackiego snu. Usiadł wyprostowany rozglądając się nic niewidzącym wzrokiem po swoim barłogu.

Sięgnął po stojącą u wezgłowia butelkę bimbru i pociągnął łyk. Ostatni. Z nieukrywanym żalem spojrzał na flaszkę, jakby miał nadzieję, że jakimś cudownym zrządzeniem losu znów się napełni. Odczekał dłuższą chwilę, ale nic takiego się nie wydarzyło. Z obrzydzeniem rzucił butelkę o ścianę, która odbiła się z krystalicznym brzękiem i spadła na podłogę turlając się kierunku kominka z ledwie tlącym się paleniskiem.

Krzyk znów się powtórzył. W przeżartym przez alkohol mózgu rotmistrza wykiełkowała naraz całkiem trzeźwa myśl.

– Wilki! – powtórzył, zrywając się na równe nogi, dodając: – Skurwysyny znowu podchodzą!

Tej zimy wilki stały się niezwykle śmiałe. Tęgie mrozy oraz brak pożywienia zmusiły drapieżniki do zbliżania się ku ludzkim skupiskom. Niecały miesiąc temu wybiły wszystkie owce i ledwie brakowało, aby dobrały się do koni. Rotmistrz czatował na nie każdej nocy, ale od momentu, kiedy spędzili nową partię bimbru, wilki jakoś zeszły na dalszy plan. Zresztą, samo życie też wtedy przestawało się dla niego liczyć.

– Dawaj światła, ty stary capie! – krzyknął rotmistrz, zdejmując znad kominka sztucer. Broń była nabita i przygotowana właśnie na takie sytuacje. – Wilki dopadły koni!

Drzwi do sypialni rotmistrza otworzyły się z mrożącym krew w żyłach piskiem i stanął w nich Stary Jan. W dłoni trzymał zapaloną latarnię. Ubrany był w swój stary wojskowy szynel, wojskowe spodnie i stare wojskowe buty. Właściwie na nogach miał tylko jeden but. Od kiedy pod Braszowem szrapnel urwał mu nogę nad kolanem, Stary Jan nie potrzebował już obu butów. W zamian raz na rok strugał sobie z lipowego drewna nową protezę. Z modelu na model coraz bardziej zbliżała się kształtem do ludzkiej nogi.

Rotmistrz narzucił na siebie barani kożuch i naciągając kurek, wybiegł do mrocznej sieni. Po chwili drzwi na dziedziniec rozwarły się na oścież pozwalając, aby śnieżyca wdarła się do dworu. Stojący na progu rotmistrz poderwał broń do ramienia i szukając rozparzonym wzrokiem wilczych sylwetek, celował gdzieś w noc. Koniec lufy zataczał obszerne kręgi.

– Poświećże, stary durniu! – wycharczał.

Stary Jan podniósł do góry latarnię. W żółtej poświacie spadające płatki śniegu wyglądały jak wielkie, skrzydlate ćmy ciągnące do światła. Widoczność była może na pięć kroków i poza rozświetlonym kręgiem rzucanym przez lampę wokół panowały kompletne ciemności.

Naraz koniec lufy znieruchomiał i broń rzygnęła ogniem. Rozległ się suchy trzask wystrzału, szybko zagłuszony przez odgłosy śnieżycy. Obaj mężczyźni długo nasłuchiwali, ale poza świstem wichru nic nie docierało do ich uszu.

Nagle krzyk przebił się ze zdwojoną siłą. Bez wątpienia ludzki. Jednak zupełnie nienaturalny. Ani Chlebowski, ani tym bardziej Stary Jan nigdy czegoś podobnego nie słyszeli.

– Jezus Maria, człowiek! – wykrzyknął rotmistrz. –  Ktoś tam jest!

Rotmistrz ruszył, brodząc w głębokim po kolana śniegu. Przed sobą trzymał wyciągniętą w dłoniach skałkówkę i co chwilę pomagał sobie kolbą odgarniając biały pył niczym żeglarz wiosłem wodę. Stary Jan pokuśtykał za nim, lecz wkrótce stracił go z oczu. Trzymał ponad głową latarnię, która szaleńczo huśtała się i podrygiwała na wietrze.

Gdy Stary Jan dotarł do rotmistrza Chlebowskiego, ten klęczał w śniegu pochylony nad jakimś odcinającym się na śniegu ciemnym kształtem.

– Dawaj tu światło, ty stary kuternogo! – krzyknął do niego rotmistrz. – Szybciej! Do kurwy nędzy, szybciej!

Dopiero w świetle latarni Stary Jan dostrzegł sylwetkę człowieka. Kobiety. Leżała na plecach z podkurczonymi nogami, wpatrując się w obu mężczyzn szeroko otwartymi oczami. Kobieta usiłowała coś powiedzieć, lecz nagle wykręciwszy głowę do tyłu obnażyła zaciśnięte zęby, jak czyni to wilczyca tuż przed atakiem. Na jej twarzy i szyi pokazały się nabrzmiałe żyły niczym grube, poskręcane powrozy. Z gardła wydobył się przerażający, narastający krzyk pełen bólu, rozpaczy oraz wściekłości.

Krzyk nagle przemienił się w ciszę. Kobieta zastygła w napiętej do granic wytrzymałości pozie. Ciąg niemych sekund zdawał się trwać w nieskończoność.

Nagle zupełnie inny dźwięk napełnił tę dziwną noc. Był ledwie słyszalny. Jakby nieśmiałe kwilenie. Popiskiwanie. Szlochanie. Po chwili rozbrzmiał już całkiem wyraźnie.

Płacz dziecka. Dziecka, które dopiero przyszło na ten świat. Stary Jan podsunął bliżej latarnię i w jej świetle zobaczył rotmistrza trzymającego w rękach drobne, zakrwawione ciałko. Gruba jak kciuk pępowina biegła od brzucha dziecka, znikając gdzieś między nogami leżącej kobiety. Wokół niej ubity śnieg nasiąkał wielką, nieregularną plamą krwi.

Rotmistrz uniósł dziecko i zbliżył je do twarzy matki. Kobieta miała wpółprzymknięte powieki, ale na widok dziecka uśmiechnęła się ciepło. Nagle wyciągnęła przed siebie rękę i chwyciła dłoń rotmistrza. Otworzyła szeroko oczy.

– Zaopiekujcie się moim dzieckiem, Panie… – wyszeptała z trudem, opadając na śnieg, jakby nagle uszły z niej wszystkie siły.

Po tych słowach umarła.

* * *

Gdyby tamtej zimowej nocy ktoś przypadkiem zajrzał przez okno do izby dworu ujrzałby dziwne rzeczy. Bardzo dziwne. Niezwykłe. Rzeczy, których nie widziano w tym miejscu od wielu lat. Od tak dawna, że już nikt chyba nie pamięta, czy w ogóle miały miejsce.

Ten ktoś ujrzałby bowiem leżące na stole nowo narodzone dziecię. Jeszcze mokre od wód płodowych. Jeszcze ze skrawkami przysychającego łożyska i z długim kawałkiem pępowiny byle jak zawiązanej. W pośpiechu. Niezdarnie. Dziecko płakało tak, jak robią to dzieci zaraz po urodzeniu. Całym sobą. Całymi swoimi płuckami, które dopiero co poznały ostry smak powietrza. Smak, który już będzie mu towarzyszył do ostatniego oddechu.

Następnie w chybotliwym świetle świecy mimowolny obserwator ujrzałby dwie twarze. Chociaż nie! To wcale nie były twarze. To były… mordy! Straszne. Zarośnięte. Poorane bruzdami życia i zabliźnionymi ranami. Pełne skaz i dawno niemytego brudu. Okopcone dymem. Skołtunione. Zapijaczone. Zadziwione. Zafrasowane. Tym, co widzą. Całkowicie zaaferowane. Przede wszystkim brakiem tego, do czego widoku przywykli i znali tak dobrze. Widzieli to codziennie. Brali w palce. Za każdym razem, kiedy mężczyzna musi sobie ulżyć z pęcherza. A teraz nie było. Zamiast tego było coś zupełnie innego. Diametralnie różnego.

Dziewczynka nadal płakała.

– Może dać jej trochę prymuchy? – powiedział cicho Stary Jan do rotmistrza, wykrzywiając ruchem ust swój już i tak diabelsko krzywy nos. Sześćdziesiąt lat temu wiejska akuszerka poradziła wyciągać go kowalskimi obcęgami, bo tak się, cholernik, zaparł przy porodzie. Kowal, jak to kowal, porządnie przyłożył się do roboty i w końcu poradził. A że przy okazji zmiażdżył dziecku połowę twarzy, to i tak wyszło na dobre. Niech się, zasraniec, cieszy, że w ogóle przeżył!

– O! Widzi go! Okowitę będzie dziecku dawał, baran jeden – odrzekł rotmistrz, czując jak z każdą minutą trzeźwieje.

– A bo, co? – Stary Jan wzruszył ramionami. – Może uśnie. Po tym zawsze się niezgorzej śpi.

Rotmistrz ofuknął go jak zaskoczony dzik na widok człowieka idącego leśnym duktem:

– Sam się napij, jełopie! – powiedział, biorąc delikatnie drżące ciałko w dłonie. – Tu trzeba kobiecego mleka.

Stary Jan podrapał się w głowę, aż coś się z niej posypało na podłogę.

– Organiścina! – wykrzyknął.

Rotmistrz spojrzał na niego uważnie.

– Hę?

Staremu Janowi zaświeciły się oczy.

– Organiścinie dziecko zmarło przy porodzie i widziałem, jak chodzi teraz z cycami wielkimi niczym spasione gęsi na Boże Narodzenie – powiedział, wyszczerzając swoje połamane zęby w uśmiechu starego zbereźnika. – Może ona coś by poradziła?

Rotmistrz myślał przez chwilę. W końcu podjął decyzję.

– Jedź po nią! – powiedział. – Powiedz, że dam organiście dziesięć wyprawionych baranich skór, jeśli jego stara zgodzi się karmić… moje dziecko.

Stary Jan wlepił w niego osłupiałe spojrzenie.

– Że jak? – spytał. – Chcecie, panie rotmistrzu, wychować samemu tego… dzieciaka?

Ale Chlebowski już przestał go słuchać. Podniósł dziewczynkę w kierunku twarzy. Dziecko uspokoiło się. Mężczyzna uśmiechnął się pod swoim wydatnym wąsem. Ostre rysy jego twarzy zelżały.

– Tak! – powiedział łagodnym głosem i dodał: – Właśnie tego chcę. Jak niczego innego na świecie. Bóg mi świadkiem!

Stary Jan patrzył na niego z bezgranicznym zdziwieniem.

Nic a nic z tego nie rozumiał.

Ale wiedział, że od teraz już nic nie będzie jak dawniej.

* * *

Powiedzieć, że od tego dnia życie rotmistrza Ksawerego Chlebowskiego, jak i Starego Jana się zmieniło, to tak, jakby rzec, że do Księżyca jest nawet daleko. To była rewolucja! Całkowita odmiana. Prawdziwe tąpnięcie.

Przede wszystkim zmienił się sam Chlebowski. Przestał pić, co Stary Jan przyjął z prawdziwą ulgą. Co więcej, rotmistrz rozkazał mu potrzaskać całą aparaturę do pędzenia bimbru, żeby – jak mówił – ta franca nie kusiła go już nigdy więcej. Stary Jan, który już wiedział wiele przemian swojego chlebodawcy, przezornie ukrył ją w stodole pod magazynkiem na sieczkę dla koni. Na czarną godzinę.

Jednak tym razem okazało się inaczej.

Organiścina, kobieta niezwykle energiczna, zgodziła się karmić niemowlę i pokochała je jak swoje. Całym sercem. Nie pytając nikogo o zgodę, przeprowadziła się do dworu i już od pierwszego dnia wprowadziła swoje porządki. Rotmistrz bez słowa zgodził się na taki układ. Mimo najszczerszych chęci nawet on wiedział, że dziecko bezwzględnie potrzebowało kobiecej ręki.

Natomiast dla Starego Jana nastały ciężkie czasy. Organiścina goniła go jak psa! Bezlitośnie. W jednej chwili z nieformalnego bądź co bądź zarządcy całego podupadającego majątku zdegradowała go do parobka. Pomiotła. Zwykłej ciury. Nieustannie darła na niego swoją wiecznie rozdziawioną gębę. Wyzywała od Belzebubów. Ofukiwała na każdym kroku, gdacząc przy tym, jak stara kwoka. Od jej pojawienia się ten stary wiarus, wyzwoliciel Siedmiogrodu, o którym w jednym ze swoich wierszy wspomniał nawet sam Petöfi, każdego dnia miał wrażenie, że jego czarna godzina właśnie nadchodzi.

Jedyną pociechą było to, że niezgorzej gotowała. Zawsze dużo. Zawsze tłusto. Treściwie. Na śmietanie. Na zasmażce. Ze skwarkami wielkimi jak ziarna bobu. Niczego nie żałowała. Zarówno on, jak i rotmistrz Chlebowski natychmiast zapomnieli o tych czasach, kiedy tygodniami jadali mamałygę, której sprawiania Stary Jan nauczył się od wołoskich kucharzy na kompanii w wojsku. Po kilku tygodniach na organiścinej kuchni obaj zauważalnie nabrali ciała. Jakoś tak pojaśnieli. Wyzgrabnieli.

* * *

Tamtego dnia prawie się pobili. O mały włos. On, Stary Jan z rotmistrzem. Poszło o imię. Dla dziecka. Dziewczynki. Siedzieli właśnie przy wieczerzy, podczas gdy organiścina usypiała maleństwo w sypialni przerobionej z gościnnego pokoju, śpiewając rzewne, litewskie kołysanki.

– Petronela! – zaproponował Stary Jan i nie wiedzieć czemu jego oczy nagle zapłonęły szklistym blaskiem.

Rotmistrz Chlebowski skrzywił się z obrzydzeniem jak człowiek, który przez przypadek polizał dziegciu.

– Dziecięciu małemu chcesz dać takie imię?! – wykrzyknął. – Toż to bardziej pasuje do jakiejś starej jak próchno pudernicy. Dla dziewczynki musi być takie… bardziej dziewczyńskie.

Stary Jan ukradkiem otarł mokry policzek gestem, jakby chciał odpędzić natrętną muchę. Odłożył łyżkę i przestając ruszać żuchwą, zapatrzył się w ciemność za oknem. Wiele lat temu spotkał kobietę o tym imieniu i owo spotkanie było najlepszą rzeczą, jaka mu się przytrafiła w życiu. Wcześniej i potem były już tylko same najgorsze.

Miała na imię Petronela i była jego chrzestną matką. O niebo lepszą od jego własnej. Była taka dobra. Taka jasna. Taka czysta, że aż od jej białych sukien biła niebieska poświata.

Już sam fakt, że została jego chrzestną był wielce niezwykły. Wszyscy uważali jego ojca za wioskowego przygłupa, ale jak się okazało, stary bat’ko swój rozum miał. Spłodził ich siedmioro i przed chrztem każdego z dzieci, ubierał się odświętnie jak na Pasterkę i chodząc po okolicznych dworach prosił „Wielmożnych Państwo” w kumy. W sześciu majątkach go przegoniono, szczując psami albo okładając batem po jego styranych plecach chałupnika. Natomiast w siódmym, już za Tarnopolem, jego bądź co bądź bezczelną prośbę niespodziewanie przyjęto. Natychmiast. Entuzjastycznie. I z nieukrywaną radością. Być może dlatego, że hrabina sama nie miała dzieci, ale najprawdopodobniej z tej przyczyny, że jak mawiali ludzie, po śmierci dobrodzieja, starej wszystko we łbie się pomieszało. Mieszkała samotnie w pustym pałacu, otoczona przez służbę i ponad setkę kotów. Mówiła, że to jej dzieci. Najlepsze. Najukochańsze. Najmądrzejsze.

Od tego czasu, Stary Jan, który wtedy jeszcze był młodym Jaśkiem, tym niezwykłym zrządzeniem losu zyskał swoją opiekunkę. Patronkę. Protektorkę. Dobrą wróżkę. Hrabina zawsze o nim pamiętała. W każdą niedzielę, po sumie, zajeżdżała eleganckim powozem powożonym przez starego stangreta w pozłacanej liberii przed ich lichą chatynkę, porośniętą mchem i otoczoną wielką kałużą fioletowej gnojówki, w której zwykle się taplali. On i jego dwa starsze „braty”. Lecz ona nic z tego sobie nie robiła, tylko z daleka wołała go swym łagodnym głosem:

– Czyś to ty jest, mój Janeczku, najpiękniejszy?

I młody Janeczek przybiegał ze wzrokiem utkwioną w swoją panią jak głodny psiak w resztki jedzenia ze stołu pana. Zawsze miała coś dla niego. A to coś słodkiego. A to coś do jedzenia. Coś z odzienia. Któregoś zaś razu przywiozła mu buty. Najprawdziwsze! Brązowe trzewiki z cielęcej skóry. Jeszcze pachnące nowością. Lśniące. Takie, o których ludzie gadali z zazdrością wieczorami we wszystkich chutorach w promieniu trzech wiorst.

A kiedy przyszedł odpowiedni czas, wzięła go do dworu i Stary Jan, który był już sporym wyrostkiem miał wrażenie, że właśnie śni swój najpiękniejszy sen. I jedyne, czego wtedy pragnął, to nigdy się nie wybudzić. Bowiem tam był człowiekiem. Po raz pierwszy w swoim życiu. I jak się okazało – po raz ostatni. Jadał jak człowiek. Sypiał jak człowiek. I czuł się jak człowiek. Taki prawdziwy. Taki, że bardziej już się nie dało.

Wieczorami stara hrabina uczyła go kaligrafii. Była przy tym taka cierpliwa. Taka wyrozumiała. I zawsze z pobłażliwym uśmiechem prowadziła jego dłoń, kiedy zaczynał czynić bohomazy. Miała długie, delikatne palce. Jak kości ze skrzydła starej czapli. Zdawałoby się, że kruche, a jednak mocne. A jej cienka jak bibułka skóra, pokryta brunatnymi plamami wątrobowymi była niemal przeźroczysta. Chłopiec miał wrażenie, że gdyby się skaleczyła, to posypałby się z niej popiół.

Ale w dniu, w którym umarła, wszystko się skończyło. Nagle.

– Emilia! – Wypowiedziane głośno imię wyrwało Starego Jana z nostalgii.

Spojrzał na rotmistrza jednocześnie głośno przełykając ślinę.

– Damy jej… Emilia! – powiedział Chlebowski głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Stary Jan uśmiechnął się pod swym krzywym nosem.

– Tak jest – przyznał. –To bardzo piękne imię, panie rotmistrzu.

Emilię ochrzcili trzy dni później. Wszystko odbyło się jak trzeba. W kościele, przed ołtarzem i z rąk plebana. Organista grał im na organach, a organiścina i Stary Jan trzymali do chrztu. Po raz pierwszy była dla niego miła. Na koniec nawet siarczyście ucałowała go w oba policzki i przydusiła mocarnym uściskiem do swego jakże wydatnego biustu.

Czyżby tamtego radosnego i szczęśliwego niedzielnego poranka Stary Jan mógłby przypuszczać, że owo piękne imię przyczyni się do tragedii, która miała rozegrać się wiele lat później?

* * *

Małe dziecko jest bezbronne. Bezradne. Całkowicie uzależnione od drugiego człowieka. Jest takie kruche. Delikatne. I tak łatwo można je skrzywdzić. Całkiem przypadkowo. Przez zwykłą ludzką nieuwagę. Głupotę. Albo zwyczajne lenistwo.

Ale myliłby się okrutnie ów ktoś, kto uważałby, że nowo narodzone dziecko niczego nie może…

Otóż może! Wiele. Bardzo wiele. Może na przykład skraść komuś serce! Tak, jak Emilka uczyniła z sercami rotmistrza i Starego Jana. Ci dwaj zatwardzialcy, o zdawałoby się bazaltowych głazach w piersiach, zwyczajnie ogłupieli na jej punkcie. Zwariowali. Dostali „prawdziwego pierdolca”, jak mawiała organiścina z wyrozumiałością w głosie mądrego człowieka. Człowieka, który niczemu się nie dziwi.

Najśmieszniejsze było to, że nieustannie ze sobą rywalizowali. O Emilkę. O jej uwagę. O czas spędzony z nią. Słowem – o wszystko. Stary Jan mimo swojej ułomności wcale nie był na straconej pozycji. Bowiem dziewczynka była zafascynowana jego drewnianą nogą i mogła całymi godzinami huśtać się na jego – jak sam mawiał – nieszczęsnym kulasie.

Rotmistrz natomiast porywał dziewczynkę wszystkim tym, czego nie zatracił mimo tych lat utopionych w oparach alkoholu. Celnego oka i drygu do koni. Od najmłodszych lat oswajał Emilkę z bronią palną i wkrótce posługiwała się nią z wprawą dobrego strzelca. A kiedy spadała z wierzchowca, którego rotmistrz jej podarował na urodziny, potrafiła zakląć szpetnie niczym stary ułan.

Odkąd Stary Jan zaczął nazywać ją swoim „Kwiatuszkiem”, Chlebowski natychmiast nazwał jego „Robaczkiem”. Rotmistrz śpiewał jej sprośne, wojskowe przyśpiewki, podczas gdy Stary Jan brał na kolana i szeptał wprost do małego uszka słowa, które kiedyś powtarzała mu jego matka chrzestna:

Buria mgłoju niebo krojet, wichry snieżnyje krutja, to kak dikij zwier zawojet, to zapłacziet kak dietia! ¹

A wtedy oczy małej Emilki robiły się zupełnie okrągłe i wtulała się w niego z całej siły, obejmując swymi drobniutkimi, ale jakże silnymi ramionkami.

Na noc rotmistrz brał uśpioną Emilkę na ręce i zanosił do swojej sypialni, kładąc na łóżku z największą ostrożnością, aby się nie wybudziła. Potem wpatrywał się w jej twarzyczkę w chybotliwym blasku świecy i długo nie mógł zasnąć w nocy.

Stary Jan natomiast zakradał się cicho jak łasica do sypialni rotmistrza i również z największą ostrożnością wykradał Emilkę, zanosząc ją do swojej izby. On również nie mógł już zasnąć i czuwał nad nią, aż otwierała oczy, kiedy pierwsze promienie słońca zaczynały łamać się na horyzoncie.

Emilka zaś rosła zaś jak ciasto na drożdżach. Organiścina miała bardzo dobre mleko. Tłuste. Odżywcze. I zawsze dużo. Nieustannie w nawale. Dzięki niemu dziecko było silne. Krzepkie. Zdrowe. Rumiane. Ruchliwe. Żywe jak rtęć. Radosne. Wiecznie roześmiane.

* * *

Tamtej zielonookiej dziewczynie też było Emilia. I też skradła serce Ksawerego Chlebowskiego. Wiele lat wcześniej. Tak dawno, że rotmistrz powinien już był dawno o niej zapomnieć. Tak uczyniłby każdy inny człowiek. Bo taka jest kolej rzeczy. Dzisiejsze życia jutro stają się wczorajsze i nie ma takiej siły na świecie, która by ten bieg zawróciła. Normalna sprawa. Ludzie muszą zapominać, bo inaczej ich życie stanęłoby w miejscu. Zatrzymało się. Zawisło na krawędzi przeszłości. Dokładnie tak, jak zrobiło to życie Chlebowskiego.

Ale dziewczyna zrobiła coś więcej. Nie dość, że skradła mu serce, zostawiając w piersi wielką niezabliźnioną ranę, to jeszcze z tryumfującym wyrazem twarzy wdeptała je w ziemię. Butami. Zmieszała z błotem. Nieodwracalnie i po wieki wieków.

A wszystko tak pomyślnie się zapowiadało. On świeżo upieczony porucznik kawalerii z głową nabitą wybujałymi ideałami niczym garłacz żelastwem gotów do odpalenia. Ona zaś była taka piękna, że każdy, kto na nią patrzył, doświadczał dwojakiego uczucia. Najpierw zachwytu, że oto widzi coś tak niebywałego i niepowtarzalnego, a następnie głębokiego smutku, iż nigdy więcej czegoś podobnego nie dane mu będzie doświadczyć. Nigdy więcej.

Nawet rodziny im sprzyjały. Jego ojciec wyprawił im huczne wesele na dwa tysiące gości, zaś jej rodzic dał wprawdzie niewielki majątek, ale z wielce dochodową gorzelnią w posagu. Mieli wszystko. Niczego im nie brakowało. Oboje byli młodzi, śliczni i mogli dać początek nowej linii pięknych ludzi stworzonej z dwóch darzonych powszechnym szacunkiem rodzin. Jeszcze piękniejszej. Jeszcze wspanialszej. Szlachetniejszej.

Pierwszy raz wyśmiała go już w noc poślubną. Czekała gotowa z szeroko rozłożonymi udami i na wpół przymkniętymi powiekami, roznegliżowana do pasa w ich małżeńskim łożu, które tak szybko stało się jego przekleństwem. Jakże podniecił go widok jej rozrzuconych włosów na śnieżnobiałej pościeli, rozchełstanej koszuli nocnej, spod której wylewały się jej duże, okrągłe piesi; oraz jej nieznacznie uchylone, błyszczące usta.

Lecz to było wszystko, co mógł z siebie wykrzesać. Pożądanie ulotniło się jak moc spirytusu z odkorkowanej butelki. Jak się pojawiło, tak nagle znikło. Mimo usilnych prób. Mimo całej jego desperacji. Bezgłośnego błagania Najwyższego. Przeklinania Go w myślach. Lżenia. Tych wszystkich jego gróźb po Jego adresem. I znów proszenia. Zaklinania na wszystkie świętości.

A ona tylko śmiała się coraz głośniejszym śmiechem. Coraz bardziej szyderczym. Oskarżycielskim. Kłującym w uszy jak akacjowe ciernie wbijające się w ciało. Boleśnie. Głęboko. Do żywej tkanki. Bezlitośnie. Każdej nocy, ilekroć z lękiem kładł się na jej rozpalonym żywym ogniem boskim ciele.

Paradoksalnie, im więcej sobie na nim używała, on kochał ją coraz mocniej. I cierpiał. Że nie może jej dać tego, co mężczyzna musi dać kobiecie. Gardził sobą. Czuł do siebie bezgraniczne obrzydzenie. Złość. Nienawiść. Pomiatał sobą w myślach jak nikim innym dotychczas.

Nawet nie był na nią zły, kiedy nakrył ją ze stajennym w sąsieku. Wielkim, sękatym chłopem, z plecami porośniętymi kosmatym futrem jak u niedźwiedzia. Wprost przeciwnie. Cieszył się, że ktoś dał jej to, czego on sam nigdy nie zdołał. Rozkosz. Całkowite zaspokojenie. Kobiece spełnienie.

Tamtego dnia wyjechał. I już nigdy nie wrócił.

Nigdy też nie pozwolił sobie na tę chwilę słabości, aby ulec jakiejkolwiek kobiecie.

* * *

Pewnego wieczoru, Emilka, która tej zimy skończyła siódmy rok, stanęła na środku izby jadalnej i biorąc się pod boki, powiedziała:

– Cuchniecie obaj jak stare onuce! – I dla zwiększenia efektu, chwyciła się dwoma palcami za swój pokryty piegami nosek. – Od dzisiaj będziecie się kąpali co sobotę.

Rotmistrz, który właśnie kroił chleb wojskowym bagnetem, słysząc jej słowa o mało nie urżnął sobie łapska. Stary Jan tak natomiast zakrztusił się pitym właśnie kobylim mlekiem, że zaczął kaszleć i krztusić, wydając przy tym dźwięk podobny do tego, jaki czyni dziurawy miech.

Po dziś dzień nie wiadomo, jak to się stało, że ta mała dziewczynka dokonała tego, czego nie udało się zrobić niejednemu feldfeblowi przez cały czas ich pobytu w wojsku – zmusić do regularnej kąpieli! Zwłaszcza że wykonali jej polecenie bez najmniejszego ociągania. Można by rzec, że – bez szemrania!

I tak oto każdego sobotniego wieczoru rotmistrz taszczył do kuchni wielką balię, podczas gdy Stary Jan grzał wodę na piecu. A potem obaj pokornie i bez widocznego ociągania zdzierali z siebie ubrania i włazili golusieńcy jak ich Pan Bóg stworzył do niemal wrzącej wody z pływającymi płatkami mydła, które rotmistrz kupował w dużych ilościach od umyślnego Żydziska z Olity. Ten potomek Machabeusza musiał mieć jakieś tajne geszefty z rotmistrzem, bo ów często do niego jeździł, przywożąc jakieś podejrzane maści i specyfiki będące rzekomo panaceum na wszystkie choroby.

Potem do późna w całym dworze słychać było pluskanie wody, odgłos szorowania skóry ryżowymi szczotkami i niemal metaliczny dźwięk tartych trzech pięt kawałkami rudawca.

* * *

Gorące lata szybko mijały. Długie, jesienne wieczory ciągnęły się niemiłosiernie długo. Srogie zimy płynęły jedne po drugich, ustępując miejsca ledwie zauważalnym wiosnom. A po nich znów nadchodziły upalne dni.

Emilka zaś rosła, stając się coraz piękniejszą. Coraz bardziej podobną do w pełni rozwiniętej kobiety niźli dziecka. Była coraz wyższa. Coraz smuklejsza. Gibka niczym wierzbowa witka. I z każdym dniem coraz bardziej przypominała tego prześlicznego motyla, który lada dzień rozwinie skrzydła ukryte dotąd pod poczwarczym kokonem.

Tamtego, niczym nie wyróżniającego się wieczoru, rotmistrza Ksawerego Chlebowskiego czekała niespodzianka. Nagła zmiana. Otóż udając się na spoczynek do sypialni, którą dotychczas dzielił z Emilką śpiąc z nią w jednym łożu, naraz zobaczył przed drzwiami furę rzeczy. Jego rzeczy. Wszystkich. Ubrania, księgi, butelki i całą masę wszelkich rupieci, które nazbierały się przez lata. Nawet jego ukochana skałkówka leżała bezładnie rzucona na sam czubek gracianej sterty.

Rotmistrz podrapał się w głowę nic a nic z tego nie rozumiejąc. Nacisnął klamkę, ale drzwi okazały się zamknięte. Na klucz. Na wszystkie spusty. Gdy załopotał mocniej klamką, usłyszał krzyk Emilki dochodzący z pokoju:

– Odejdź! – jej stłumiony głos pełen był wściekłości, strachu i łez. – Od dzisiaj to jest moja sypialnia! Tylko moja. Zabraniam ci tutaj wchodzić bez pozwolenia. Rozumiesz?!

Osłupiały do cna Chlebowski zdołał jedynie wykrztusić:

– Ale co się stało, Robaczku?

Nie musiał długo czekać na odpowiedź.

– Nic! – wrzasnęła dziewczyna. – Wynoś się stąd! Nienawidzę was!

Ostatecznie rotmistrz wzruszył ramionami i biorąc swoje rzeczy, przeniósł się do izby, która dotychczas służyła za gościnny pokój. Od czasów organiściny stał pusty, więc istniało niewielkie ryzyko, że będzie musiał się z niego znów gdzieś przenosić. Nic z tego nie rozumiał, ale mimo skromnego i co trzeba sobie jasno powiedzieć – niezbyt fortunnego – doświadczenia w obcowaniu z kobietami wiedział, że są takie obszary, których nigdy nie pojmie. Żaden mężczyzna.

Choć musiał przyznać, że ta gwałtowna zmiana w jej zachowaniu nieco go ubodła.

Natomiast Stary Jan, który jak co miesiąc wygotowywał pościel w wielkim kotle na piecu, dziwił się niezmiernie, gdy znajdował splamione krwią prześcieradła w wiklinowym koszu na brudną bieliznę. Po swojemu wzruszał ramionami i szybko o tym zapominał. On też nauczył się nie zaprzątać sobie głowy sprawami, których mężczyzna i tak nie zrozumie.

* * *

Miejscowi gadali, że jeśli tak wieje całymi dniami znaczy, że ktoś się powiesił. Że Szatani cieszą się i hulają po świecie w swej piekielnej radości. Ale tej zimy to wcale nie był tego rodzaju wiatr. Był znacznie silniejszy. Mroźniejszy. Przenikający pod ubranie i jeszcze głębiej. Do krwi. Do trzewi. Do szpiku kości. Ów wicher brał swój początek hen daleko – gdzieś nad skutymi lodem pustkowiami Archangielska – by potem spłynąć gwałtownie na południe niczym wodospad lodowatej wody. Jeśli zatem słabszy wiatr przynosił ze sobą wisielca, to jakież straszliwe rzeczy musiał zwiastować ów drugi, północny wiatr?

Lecz we dworze rotmistrza Chlebowskiego oznaki nadchodzącej tragedii pojawiły się znacznie wcześniej. Jesienią. Jeszcze w czasie, kiedy w powietrzu czuć już nadchodzącą zimę, ale ciepłe podmuchy wiatru unoszą z sobą długie pasemka babiego lata.

Za pierwszym razem przybyli we dwóch. Późnym wieczorem. Jeden stary, drugi zaś jeszcze młodzik. Ale już w stopniu porucznika. Ponoć szaleńczo odważny. Nie stroniący od ryzyka. Wręcz brawurowy. I diabelsko przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany o żywym, inteligentnym spojrzeniu w oczach z niemal czarnymi źrenicami. Czarnymi jak węgiel. Jak obsydian. Oczami, które tamtego wieczoru podążały za spojrzeniami Emilii niczym targany spazmami głodu wilk podąża za swoją ofiarą.

Mówił tylko stary. Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Nikt by nie powiedział, że w tym swoim znoszonym płaszczu i drucianych okularach wygląda na generała, który właśnie przybył z tajną misją. Raczej na chodzącego po wsiach dziada proszalnego bajdurzącego coś o jakichś narodowych komitetach, chłopskich uwłaszczeniach i nadchodzących powstaniach. Młody porucznik nie odzywał się ani słowem.

Drugim i wszystkimi następnymi razami pojawiał się już tylko ten młody. Okazało się, że jednak potrafi mówić. Mówił dużo i z żarliwością człowieka, który wierzy w słuszność sprawy. Sprawy, za którą można nawet oddać życie. Miał przy tym miły, niski głos, którego Emilia mogłaby słuchać godzinami. Głos, przy którym można zamknąć oczy i rozmarzyć aż do całkowitego zatracenia.

Kiedy rotmistrz dostrzegł to jej malujące się na twarzy rozanielenie, od tego czasu zamykał się z porucznikiem w osobnej izbie, gdzie zawzięcie deliberowali pochyleni na jakimiś mapami. Chlebowski powiedział, że to dla jej dobra. Że im mniej będzie wiedziała, o czym rozmawiają, tym będzie bezpieczniejsza. Ostatecznie, to przecież nie są sprawy kobiet – mawiał – machając lekceważąco ręką.

* * *

Z każdym dniem Stary Jan coraz bardziej zasępiał się w sobie. Początkowo nie potrafił określić dokładnego źródła tego nie pokoju, ale wkrótce wszystko stało się jasne. Winny był ten północny wiatr i odkąd Stary wreszcie rozpoznał symptomy nadciągającego nieszczęścia, każdego wieczoru zaczął robić coś, czego nie czynił od wielu lat. Bardzo wielu. Tak wielu, że już prawie zapomniał, jak się to robi.

Mianowicie Stary Jan, klękając z trudem na jednej nodze przy łóżku i podpierając się kikutem, składał ręce, zaczynając się modlić. Ale wcale nie za siebie. Tym bardziej za rotmistrza. Ani za tych, którzy już odeszli. Ani za nikogo innego z żywych, bo oględnie mówiąc, Stary Jan miał wszystkich głęboko w dupie. Prawie wszystkich. Oprócz jednej, jedynej osoby, za którą mógłby bez wahania i o każdej porze oddać swoje życie.

Za Emilkę. Za swojego Kwiatuszka!

I gdy już unosił oczy ku górze, do jego pokoju wpadła jak burza Emilia. Miała łzy w oczach.

– Cóż ci jest, Kwiatuszku? ­– spytał zatroskany.

Emilia długo wypłakiwała się w jego poduszkę. Potem uklękła przy nim i biorąc jego sękate łapy w swe drobniutki dłonie, wyłkała:

– Czy to prawda, że jestem… znajdą?

Stary Jan poczuł jak lodowata dłoń zaciska się na jego sercu. Wiedział, że ten dzień w końcu nadejdzie i mimo że przygotowywał się do niego, czuł teraz w głowie kompletną pustkę.

Spuścił oczy, co dla dziewczyny było wystarczającym potwierdzeniem.

– I rotmistrz nie jest moim ojcem? – spytała.

Stary Jan pokiwał głową. Mimo wszystko czuł teraz coś na kształt ulgi.

Emilia ujęła jego twarz w dłonie i uniosła głowę ku górze. Zbliżyła twarz tak blisko, że Stary Jan poczuł bijące od niej ciepło na swym czole. Dziewczyna wbiła w niego pełne bólu i wyczekiwania spojrzenie.

– I czy to prawda, że to on zastrzelił moją matkę? – spytała ledwie słyszalnym, płaskim głosem.

Stary Jan zmarszczył brwi. Desperacko próbował przypomnieć sobie tamtą noc sprzed osiemnastu lat.

W końcu pokręcił przecząco głową na boki.

– Tego już nikt nie dojdzie, Kwiatuszku – rzekł z rezygnacją w głosie.

I opowiedział wszystko. Po kolei. Ze szczegółami. Oraz pozostałe rzeczy. Co się działo przed tym wydarzeniem i każdy ważny dzień następujący po tamtym dniu. Dokładnie. Niczego nie pominął i najrzetelniej jak tylko potrafił.

Emilia słuchała go uważnie nie chcąc uronić ani słowa. Potem długo wypytywała go o matkę. Jak wyglądała. Co powiedziała przed śmiercią. I nawet, co miała na sobie.

A kiedy już wszystkie słowa zostały powiedziane, złożyła ręce do modlitwy i rzekła:

– Pomódlmy się za moją mateńkę!

Stary Jan pokiwał głową, przyłączając się do modlitwy.

I znów, gdyby ktoś zajrzał do wnętrza izby, zobaczyłby niezwykły widok: oszpecony, kulawy staruch i młodziutka, śliczna jak anioł dziewczyna odmawiający wspólnie litanię do Matki Boskiej Ostrobramskiej.

* * *

Porucznik przyjeżdżał coraz częściej. Chyba o wiele za często, niż to wynikałoby z jego tajnych powinności. I coraz dłużej zostawał. Zasiadywał się. Nieraz do świtu. I mówił. Cały czas opowiadał. O tym, jak pięknie świeci słońce w Neapolu. Albo jak pachnie powietrze po wiosennym deszczu na paryskich uliczkach.

Dla Chlebowskiego nie miało to wielkiego znaczenia. Ledwie go słuchał. Natomiast co innego robiło na nim wrażenie – jego bezczelność! Ten młody oficerek umizgiwał się do Emilii. Jego Emilki! Jego Robaczka! I to w jego obecności! Mimo pozornej obojętności i całego tego udawania. Krycia się. Kamuflowania.

Za każdym razem, kiedy porucznik mijał się z dziewczyną, Chlebowski widział jak celowo napiera na nią swoim ciałem. Ociera się. Niby mimochodem. Muska dłonią jej kibić. Jej ramię. Jej włosy. A ten jego uśmieszek! Mruganie powiekami. I to jego natychmiastowe przybieranie obojętnego wyrazu twarzy, ilekroć Chlebowski przyłapywał go na tym.

Jednak najbardziej przerażająco było to, że Emilia zdawała się nie mieć nic przeciwko!  Co więcej, odwzajemniała się mu swym sekretnym anielskim uśmiechem, błyszczącym blaskiem oczu i purpurowymi rumieńcami na twarzy.

Ilekroć był tego świadkiem, Chlebowski miał wrażenie, jakby ktoś wlewał mu wrzątek pod skórę; w piersiach zaczynało brakować powietrza; a w gardle czuł jakby miał tam ciężką, kolczastą gulę.

Tamtej nocy, kiedy porucznik opuszczał dwór, Chlebowski zaproponował, że go  odprowadzi do najbliższych rozstajów. Ma jeszcze do omówienia pewną kwestię nie cierpiącą zwłoki. Młodzieniec skinął głową i podziękował.

Rotmistrz Chlebowski niedługo wrócił. Sam. Nie był sobą.

Młody porucznik już się nie pojawił.

Nigdy więcej.

* * *

Północny wiatr miał niszczący wpływ na rotmistrza Chlebowskiego. Zmieniał go. Dzień za dniem. Coraz bardziej. Nie do poznania. Zatwardzał jego serce, opętywał myśli i wywoływał napady wściekłości. Furii. Szaleństwa.

Niedługo po ostatniej wizycie tamtego młodego porucznika, rotmistrz rozpił się na nowo. Na umór. Do upadłego. Do całkowitego zezwierzęcenia. Rozkazał Staremu Janowi dostarczać sobie nieustannie coraz większe ilości alkoholu. Nawet nie żałował pieniędzy, ale kiedy nie był już innego do sprzedania, kazał mu iść nawet do samego Lucyfera! Stary Jan błogosławił tamten dzień, w którym wpadł na pomysł, żeby jednak zachować aparaturę do pędzenia księżycówki. Czarna godzina właśnie nadeszła.

Rotmistrz nie przepuścił żadnemu stworzeniu. Swojego ulubionego wierzchowca potrafił tak długo okładać orczykiem okutym stalowymi klamrami, że silny i żywy niczym płomień ogier leżał później bez tchu na słomie, wydając przy tym cichutkie rzężenie. A jego wierny jak na prawdziwego psa przystało wilczur na zawsze przestał szczekać po tym, kiedy w napadzie gniewu pan wygarbował mu skórę wyciorem od sztucera.

Jedyną żywą istotą, którą oszczędzał była Emilia.

Ale najbardziej dostawało się Staremu Janowi. Rotmistrz traktował go najgorzej. Nieustannie popychał, szturchał, dawał kuksańce. I szydził. Lżył. Wyśmiewał się. Wyklinał używając najwulgarniejszych słów. Najohydniejszych bluźnierstw. Bez przerwy. Bez umiaru. Bez litości.

Ale Stary Jan zdawał się tym nie przejmować. Co innego natomiast zaprzątało jego głowę. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej nie mógł znaleźć dobrego rozwiązania. W końcu wyjął z szafy swój dawno nieużywany pistolet skałkowy i najpierw przez trzy noce czyścił go skrupulatnie, oliwił mechanizmy i regulował naciąg spustu, aż broń pracowała lekko i niezawodnie.

Następnie nabił go starannie i zanosząc do sypialni Emilii, dał dziewczynie.

* * *

Poznali się przez zupełny przypadek i jakimś dziwacznym zrządzeniem losu trzymali razem. Był to bowiem niezwykły układ. Z całą pewnością nie była to przyjaźń, bo jak nazwać przyjaźnią to, kiedy druga osoba traktuje cię tak podle? Z nieukrywaną pogardą. Niesutannie poniżając, ale jednocześnie troszcząc się o ciebie. Jak o kogoś bliskiego. Jak o rodzinę. Zupełnie bezinteresownie.

Jak wtedy, kiedy rozpalony do białości szrapnel uciął Staremu Janowi nogę. Wył i zwijał się z bólu w błotnistej mazi niczym piskorz posypywany solą. Nikt mu nie pomógł. Nikt nie wezwał medyka. Spisali go na straty. Tak samo, jak spisuje się ze stanu zniszczoną kontrbateryjnym ogniem armatę albo polową kuchnię z dziurawym kotłem. Leżał samotnie, krzycząc wniebogłosy o szybką śmierć.

Chlebowski szedł przez pole bitwy razem z innymi oficerami, otaczając szczelnym kordonem generała wizytującego pobojowisko. Nigdy wcześniej ani później Stary Jan nie doświadczył  równie silnego dysonansu, jak w tamtej chwili. Tu błoto, strzępy ludzkiego mięsa, krew, śmierć i łzy. A tam czyste, kolorowe i błyszczące mundury; uśmiechnięte, najedzone twarze; i radosny śmiech ludzi, którzy właśnie odnieśli zwycięstwo.

Generał coś mówił. To znaczy, usiłował powiedzieć, gdyby jego słów nie zagłuszały potępieńcze wrzaski Starego Jana.

– Niech któryś z panów oficerów uciszy tego gefrajtra! – rzekł generał, składając dłonie w błagalnym geście.

Wszyscy parsknęli śmiechem.

Chlebowski, który stał najbliżej zbliżył się, aby wykonać rozkaz. Nie miał wyjścia. Rozkaz to rozkaz. Zwłaszcza z ust samego generała. To właśnie jedna z tych nielicznych chwil w życiu człowieka, od której wszystko zależy. Dalsza kariera. Dalsze życie. Prawdziwy punkt zwrotny.

Jednak kiedy spojrzał w oczy Starego Jana, dokonał wyboru swojej drogi życiowej. Opatrzył mu ranę najlepiej jak potrafił, a później sprowadził dwóch noszowych i pułkowego lekarza do miejsca, w którym Stary Jan leżał już w malignie. Medyk oponował twierdząc, że mężczyzna jest w zasadzie trupem, więc Chlebowski musiał przystawić mu lufę pistoletu wprost do głowy, aby zmusić do zajęcia się rannym.

Później często odwiedzał Starego Jana w lazarecie i wszyscy się dziwili, że oficer tak przejął się losem zwykłego żołnierza. Mówili, że to pewnie ktoś z rodziny. Albo przynajmniej z tej samej miejscowości.

A gdy wojna dobiegła końca, rotmistrz wziął Starego Jana do siebie.

Skoro więc nie była to przyjaźń, zatem musiało to być coś podobnego do tego, kiedy człowiek znajduje konającego, bezdomnego psa o trzech łapach i w nagłym przypływie litości zabiera go z sobą. A później ten pies odwdzięcza mu się miłością z całego swojego psiego serca,  mimo że lepiej byłoby dla niego, gdyby wtedy ów człowiek był dobił go na drodze.

* * *

Po kilku dniach Stary Jan zakładał chomąto na koński kark, kiedy rosła sylwetka rotmistrza pojawiła się w drzwiach stajni. W ręku trzymał butelkę do połowy wypełnioną jakimś płynem. Na pierwszy rzut oka wyglądał na trzeźwego, ale charakterystyczny kpiący uśmiech przyklejony do twarzy zdradzał, że alkohol w jego krwi właśnie zaczynał buzować. Stary Jan nazywał ten jego stan „rozparzeniem”. Była to swego rodzaju chwiejna równowaga. Chlebowski równie dobrze mógł naraz zacząć się śmiać lub rzucić z pięściami na kogokolwiek, kto akurat znajdował się w zasięgu jego rąk.

Rotmistrz stanął z drugiego boku starej klaczy i bez słowa zaczął jedną ręką ściągać pasy uprzęży. Szyderczy uśmiech nie znikał z jego ust. W drugiej dłoni wciąż trzymał butelkę.

– Jadę narąbać lodu – oznajmił Stary Jan, uprzedzając pytanie swojego pryncypała. – Mrozy skuły już całą rzekę i trzeba zrobić zapasy na lato.

Rotmistrz skinął głową, ale sprawiał wrażenie, jakby zupełnie go nie słuchał. Szarpał się z rzemieniem podbrzusznika. Klacz zarżała cicho.

– Jedź, jedź – odpowiedział po chwili i podnosząc głowę nad grzbietem konia, dodał: – Przyda się go dużo na… wesele. Trzeba będzie dobrze schłodzić wódkę dla gości!

To powiedziawszy, wybuchł głośnym, nerwowym śmiechem, odrzucając głowę daleko do tyłu.

Stary Jan wlepił w niego szeroko otwarte oczy.

– Czyje wesele, Panie? – spytał z niekłamanym zdziwieniem w głosie.

Rotmistrz wciąż rechotał.

Stary Jan zaczął podpinać klacz do sań. Słowa rotmistrza cały czas dźwięczały mu w uszach. Słowa, których sensu nie rozumiał.

Rotmistrz obszedł klacz i stanął obok Starego Jana. Położył mu dłoń na ramieniu i potrząsając mocno, oznajmił pół mówiąc, pół śmiejąc się:

– Moje wesele, stary druhu! W końcu nadszedł czas. Wiele czekałem, ale już dłużej nie będę. Właśnie jadę do Olity w tej sprawie.

Stary Jan poczuł, jak lodowate macki wdzierają mu się pod odzienie, zaciskając mocno wokół serca. Mimo że miał wiele pytań do rotmistrza, wcale nie chciał usłyszeć jego odpowiedzi.

To powiedziawszy, Chlebowski przyłożył sobie butelkę do ust i pociągnął długi, łapczywy łyk. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia ze stajni.

– Ale z kim? – zawołał za nim Stary Jan.

Idąc, rotmistrz znów wybuchł śmiechem, machnął lekceważąco ręką i po chwili znikł mu z oczu. Słychać go było jeszcze po całym dziedzińcu.

Stary Jan długo stał bez ruchu. W końcu wzruszył ramionami i wyprowadził klacz na podwórze. Usiadł na koźle i ruszył w kierunku ośnieżonej ściany lasu, która w oddali wyznaczała linię biegu Niemna. W końcu czyż to aby pierwszy raz rotmistrz gadał po pijanemu dziwne rzeczy? Niestworzone. Jedno, czego Stary Jan był pewien to, że z pewnością nie ostatni.

Rzeka zamarzła całkowicie, a idealnie gładka powierzchnia odcinała się błękitną taflą od pokrytych bielą brzegów. Stary Jan wiedział, że musi udać się nieco w górę rzeki, aż do pierwszego zakola, gdzie nurt był szybszy. Płynąca wartko woda sprawiała, że lód był najczystszy. Najbardziej przejrzysty. Krystaliczny.

Zatrzymał sanie przy brzegu, gdzie woda płynęła najszybciej i wziąwszy topór w dłonie, wstąpił na lód. W tym miejscu tafla była idealnie przeźroczysta i Stary Jan miał wrażenie, jakby unosił się w powietrzu. Pod stopą widział kołyszące się leniwie wodorosty, ławice błyszczących cierników i pomarszczone fale piasku na dnie rzeki.

W myślach wyznaczył linię rąbania lodowych kafli i zamachnął się porządnie toporem.

Wtedy coś zwróciło jego uwagę. Tuż pod lodową taflą. Było to coś zupełnie różnego od naturalnej zawartości koryta rzeki.

To coś było białego i delikatnie unosiło się oraz opadało w rytm płynącego nurtu.
Stary Jan opadł na kolano i zbliżył twarz do tafli lodu. Niecierpliwym gestem dłoni obtarł resztki nawianego śniegu.

Nagle obraz pod lodem ułożył mu się w całość. Poczuł jak jego serce zatrzymuje się w miejscu. A potem nagle zaczyna bić szaleńczo, aż doznał bolesnego uderzenia krwi w skroniach.

Patrzył właśnie na twarz człowieka. Młodego człowieka. Wprawdzie skóra na twarzy była biała jak pierwszy zimowy śnieg, ale oczy pozostałe te same. Czarne jak najciemniejsza noc. Jak niebo pozbawione gwiazd.

Stary Jan nagle pojął, dlaczego młody porucznik, który jesienią tak często ich odwiedzał, już nigdy więcej się nie pojawił.

Stary Jan już wszystko rozumiał.

* * *

Tej nocy Emilia nie mogła zasnąć. Leżała na łóżku z rękoma złożonymi na podbrzuszu i drżącym sercem oczekiwała, kiedy to znów nadejdzie. Ten ogień. Żar rodzący się gdzieś w najbardziej sekretnym miejscu jej samej i rozlewający się niczym lawa sięgając każdej komórki ciała. Aż nie do wytrzymania. Nie do zniesienia. W takich chwilach miała wrażenie, że właśnie traci zmysły. Pogrąża się w jakiejś otchłani. Że nie ma dla niej ratunku. Nadziei.

Zdarzało się to coraz częściej. Właściwie każdej nocy. Za każdym razem ilekroć pomyślała o nim. Nie mogła wymazać spod powiek obrazu jego oczu. Były jak magnes. Przyciągały wszystkie jej myśli, uczucia oraz niezaspokojone pragnienia. Pożądała go każdą cząstką swojego umysłu i ciała. Tęsknota z nim była niewysłowionym cierpieniem. Nieukojonym bólem. Najokrutniejszą z tortur. Z tych, które nigdy się nie kończą. Bowiem im bardziej go pragnęła, tym bardziej go nie było.

Wtedy wybuchała płaczem. Lecz nie był to wcale ten rodzaj płaczu, który przynosi człowiekowi ulgę.

Zamykała oczy i pogrążona w pół śnie wyobrażała sobie, że porucznik zjawia się niespodziewanie. Nagle. Cudownym zrządzeniem losu. Że staje przed jej sypialnią. Że delikatnie naciska klamkę i bez pośpiechu otwiera drzwi. Ona zaś, wciąż z zamkniętymi oczami, słyszy skrzypnięcie dawno nie oliwionych zawiasów i czuje chłodny podmuch powietrza na twarzy. Dokładnie tak, jak w tej chwili…

Emilia otworzyła oczy.

W drzwiach stał rotmistrz Chlebowski! Wyglądał strasznie. W świetle latarni, którą trzymał w ręku, jego twarz przypominała surowy kawał mięsa. Spuchnięta. Nabrzmiała. Krwistoczerwona. Podkrążone powieki zwęziły się w dwie wąskie szparki, pod którymi jarzyły się li tylko białka oczu. Przypominał jedną z tych postaci na obrazach starych mistrzów ukazujących nieuchronne nadejście śmierci.

Emilia zerwała się na łóżku, wydając cichy okrzyk przerażenia.

– Ciii… – powiedział rotmistrz, próbując zmusić usta do uśmiechu. – Nie bój się mnie, Robaczku!

Jego głos był szorstki i chropowaty jak nieheblowana deska. W ręku trzymał srebrny kielich, a pod pachą jakiś bezkształtny tobołek. Zbliżył się powłócząc ciężko nogami i usiadł na łóżku obok Emilii. Latarnię postawił na toaletce stojącej u wezgłowia. To samo uczynił z kielichem.

Dziewczyna odsunęła się od niego i usiadła na łóżku, obejmując kolana ramionami. Nerwowymi ruchem ciasno obciągnęła nocną koszulę. Wpatrywała się w Chlebowskiego szeroko otwartymi oczami.

Mężczyzna bez słowa rozpakował zawiniątko, wyjmując z niego białą suknię. Była przepiękna. Haftowana. Bogato zdobiona. Musiała kosztować fortunę.

– Co to jest? – Emilia spytała nieśmiało.

Rotmistrz wykrzywił usta w diabolicznym uśmiechu.

– Podoba ci się? – spytał.

Emilia tak delikatnie poruszyła głową, że nie sposób było stwierdzić, czy potwierdziła, czy też zaprzeczyła.

– To dla ciebie, Robaczku – rzekł znowu Chlebowski. – Załóż, proszę.

Emilia długo wpatrywała się to w suknię, to w siedzącego obok niej mężczyznę.

– Śmiało, Robaczku – Chlebowski powiedział zachęcająco. Jego głos był słodki i lepki jak świeżo podebrany miód.

W końcu kobieca próżność zwyciężyła ze strachem. Dziewczyna sięgnęła po suknię, jednocześnie nie spuszczając rotmistrza z oczu. Bała się go. Już dawno przywykła do jego pijaństwa, ale dzisiaj był zupełnie inny. Obcy. W niczym nie przypominał człowieka, którego przez kilkanaście lat swojego życia traktowała niemal jak rodzonego ojca. Później, kiedy poznała prawdę o matce, stał się dla niej obojętny. A gdy stoczył się na samo dno nurzając się w oparach alkoholu, zaczęła doświadczać dwojakiego uczucia: zwykłej ludzkiej pogardy występującej natychmiast na zmianę z dławiącym wyrzutami sumienia. Bądź co bądź wychowywał ją przez te wszystkie lata i nigdy nie krzywdził.

Ta jej własna dwulicowość często przyprawiała ją o mdłości.

Jednak dzisiaj to nie był on. Wprawdzie wyglądał jak człowiek, którego znała; poruszał się jak on i mówił jak on. Ale dzisiaj nie był sobą. Zupełnie.

Emilia cofnęła się w ciemny kąt pokoju i przez chwilę słychać było delikatny szelest szlachetnego materiału. Nie trwało to zbyt długo.

Dziewczyna wyłoniła się z mroku niczym anioł z burzowych obłoków. I nie ma na tym świecie takiego człowieka, któremu ten widok nie zaparłby tchu w piersiach. Jej długie, jasne włosy spływały kaskadą wzdłuż ramion, a maleńkie cekiny na sukni mieniły się niczym okruchy diamentów rzucone niedbale na świeży, puszysty śnieg.

Dziewczyna, już nieco rozluźniona, dla zwiększenia efektu, zakręciła się dookoła sprawiając, że dół sukni uniósł się w górę i zawirował wokół jej nóg.

Ani wcześniej, ani później nikt już nie widział piękniejszego zjawiska od niej.

Rotmistrz Chlebowski dźwignął się w górę i sięgnął po stojący obok kielich.

* * *

Stary Jan otworzył oczy. Coś wybiło go ze snu. Nagle. Z twardego, żołnierskiego snu. Snu człowieka, który ma czyste sumienie i spokój w sercu. Podniósł się na łokciach i zaczął nasłuchiwać. Coś wdarło się w nocną ciszę. Ciszę przerywaną od czasu do czasu skrzypieniem starego domu oraz porywami mroźnego wiatru za oknem.

Usiadł na łóżku i sporo czasu zajęło mu, aby zapalić świecę, rozpraszając smoliste ciemności. Potem sięgnął po opartą o ścianę drewnianą protezę i zaczął przytraczać ją do kikuta tylko sobie znanym sposobem.

Trrrrrrach!

Głośny wystrzał rozdarł nocną ciszę, jakby nagle gdzieś całkiem blisko walnął piorun.

Staremu Janowi proteza wypadła z rąk i uderzyła z hukiem o drewnianą podłogę. Zostawił ją i skacząc zabawnie na jednej nodze, wypadł razem z drzwiami do sieni. Poruszając się w całkowitych ciemnościach, na wyczucie ruszył w kierunku pokoju, który zajmowała Emilia. Serce biło mu jak oszalałe. Modlił się bezgłośnie, aby żadna krzywda jej się nie stała. Kochanej Emilce. Jego Kwiatuszkowi!

Kiedy stanął w drzwiach sypialni, jego oczom ukazał się makabryczny widok. W mdłym świetle lampy zobaczył najpierw swojego Kwiatuszka. Dziewczyna stała nieruchomo jak gipsowy posąg. Cała była na biało. Miała na sobie śnieżnobiałą suknię – najpiękniejszą, jaką Stary Jan widział w swoim całym, długim życiu. Jej naturalnie jasne włosy opadały na twarz. Zaś skóra na twarzy miała kolor gaszonego wapna.

Dziewczyna trzymała w wyciągniętej przed siebie dłoni pistolet.

Koniec lufy dymił białą smugą.

Po przeciwnej stronie, pod ścianą leżał rotmistrz Chlebowski w pozie, jaką przybiera szmaciana lalka rzucona byle jak w kąt przez rozkapryszone dziecko. Jego ręce i nogi spoczywały w nieładzie na podłodze, podczas gdy głowa opierała się o ścianę pod wielce nienaturalnym kątem. Twarz mężczyzny zastygła w idiotycznym wyrazie bezgranicznego zdziwienia, co jeszcze bardziej potęgowała obecność otworu wlotowego kuli znajdującego się niemal idealnie pośrodku czoła. Z tyłu, w miejscu, gdzie znajduje się u człowieka potylica, zionęła wielka wyrwa w czaszce, wypełniona galaretowatą, jasnoróżową miazgą. Purpurowy pióropusz krwi na ścianie sięgał od podłogi aż po sam sufit.

Pistolet wypadł z dłoni Emilii i rąbnął z głuchym łomotem o deski. Ramiona dziewczyny zaczęły dygotać i po chwili Emilia osunęła się na kolana, ukrywając twarz w dłoniach. W głuchej ciszy dało się słyszeć jej narastający rozpaczliwy szloch.

Stary Jan przypadł do dziewczyny i klękając, objął ją ramionami.

– Cichaj, cichaj, mój Kwiatuszku – powtarzał mechanicznie. – Już dobrze. Już po wszystkim. Cichaj… Ciii…

Emilia drżała na całym ciele niczym koń po forsownym biegu. Jak za dawnych lat, wtuliła się w Starego Jana ze wszystkich sił. Ten jego zapach zawsze ją uspokajał. Koił lęki. Odganiał strachy. Przepędzał zmory.

– On oszalał – zaczęła mówić łkając. – Powiedział, że od początku byłam mu przeznaczona… Że wtedy Bóg zesłał moją mateńkę, aby mógł zacząć wszystko od nowa. Jeszcze raz. Nawet moje imię wybrał nie przypadkowo. Żebym mogła zostać jego żoną. I że tylko my razem możemy być szczęśliwi. Ja i on. I nie odda mnie nikomu. Żadnemu obcemu mężczyźnie. Nawet gdybyśmy oboje mieli dzisiaj umrzeć…

Stary Jan gładząc dziewczynę po głowie, wciąż powtarzał:

– Ciii… Ciii… Nie myśl o nim więcej, mój ty Kwiatuszku najpiękniejszy. Ciii…

Emilia mówiła dalej:

– Nawet kupił mi suknię i chciał, żebym złożyła przysięgę. Małżeńską. Powiedział, że nie ważne, iż nie ma księdza. Taka też jest ważna. Bo przed Bogiem. I przed nim. Chciał, żebym na znak zawartego małżeństwa napiła się wina. To miał być symbol. Sam wcześniej się napił. Ale ja nie chciałam. Kiedy odmówiłam, rzucił się na mnie i wlał mi siłą wino do gardła. Odepchnęłam go… A  potem sama nie wiem, w jaki sposób ten pistolet znalazł się w moim ręku…

– Ciii… To już nie jest ważne, Kwiatuszku – szeptał Stary Jan. – Już nigdy cię nie skrzywdzi. Nigdy więcej.

Emilia stopniowo się uspokajała. Stary Jan czuł, jak jej napięte do granic ciało się rozluźnia. Wiotczeje. Opada. Że musi zacieśniać uścisk, żeby nie wysunęła mu się z ramion.

– Cóż ci jest, Kwiatuszku? – spytał troskliwie.

Emilia podniosła z trudem wzrok na niego. Jej oczy z każdą sekundą traciły blask. A karminowe usta zaczęły otaczać się siną obwódką.

– Boję się – wyszeptała z najwyższym trudem.

Stary Jan spojrzał na przewrócony pod łóżkiem kielich, z którego wino rozlało się po podłodze ciemną plamą. Poczuł nagle, jak mróz ścina mu krew w żyłach.

Stary Jan zaczął płakać.

A już nawet on sam nie pamiętał, kiedy robił to po raz ostatni.

Wtulił twarz we włosy konającej dziewczyny. Kochał ich zapach. Kochał tę dziewczynę jak własne dziecko. Swojego Kwiatuszka.

Jego usta zaczęły wypowiadać słowa, które tak wiele razy szeptał wprost do jej ucha:

– Zamieć mgłami niebo kryje, wichrów śnieżnych kłęby gna, to jak dziki zwierz zawyje, to jak małe dziecię łka… ²


¹ Wieczór zimowy, Aleksander Puszkin. ² Tłumaczenie Juliana Tuwima.

 

 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *