Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się życzyć komuś śmierci?

Ale tak na serio. Z całego serca. Każdego dnia, kiedy go widzieliście. Jego. I modliliście się. O nagłe zniknięcie. Z tego świata. Z powierzchni ziemi. Totalne unicestwienie. Nagła, a niespodziewana śmierć. Za to, co ci zrobił. I mówił, że zrobi. Za ten dławiący gardło strach. Za ten cień nieustannie wiszący nad głową. Za wszystko.

Coś Wam powiem…

Nigdy tego nie róbcie!

* * *

Już nie pamiętam, który z nas wpadł na ten pomysł. Genialny w swojej prostocie. Rewelacyjny. Rzekłbym nawet – nowatorski. Że też wcześniej nie przyszło nam to głowy!

Najgorszy był jednak ten smród! Obezwładniający. Wywracający żołądek na drugą stronę. Wyciskający powietrze z płuc oraz łzy z oczu.

Ale czego się nie robi dla draki! Dla zabawy. Dla tych kilku chwil radochy z czyjegoś nieszczęścia. Bo, jak się jest kilkunastoletnim wyskrobkiem, to dla czegoś takiego, można nawet babrać się w gównie z wychodka.

Plan był prosty. Wystarczy nabrać całe wiadro przerobionej przez robaki mazi i niepostrzeżenie zataszczyć je nad staw. Trzeba tylko uważać, żeby nie stać od nawietrznej. I wcześniej nic nie jeść. No, i trzeba wcześniej się upewnić, który z nich jest w pobliżu.

Zasłużył sobie na to. Stawowy Kołodziej. Całym sobą. Za to, że tak śmiertelnie poważnie traktował swoją robotę. Latem nie pozwalał się kąpać, zimą grać w hokeja na lodzie, a wieczorami łowić szczupaki przy grobli. Zawsze pojawiał się znikąd. Nagle. Niepostrzeżenie. Wrzeszcząc. Klnąc. Drąc ryja. Że pójdzie do ojca. Dobrze wie, którego. Leśniczego wszyscy znają. Że pójdzie do dyrektorki szkoły. Że poda na milicję. Że nogi z dupy powyrywa.

Nie to, co ten drugi. Stawowy Krawczyk. Zmiennik. Zupełne przeciwieństwo Kołodzieja. Pozwala na wszystko. I jeszcze wskaże miejsce, gdzie ryby najlepiej biorą. Poczęstuje papierosem. Nic to, że dzieciaki. Lubi mnie. Być może dlatego, że bardzo szanuje Pana Leśniczego. Zawsze przynosi tołpygi albo amury mamie na święta. Specjalnie dla Pani Leśniczej. I posiedzi. I herbatę wypije.

Ale dzisiaj się odegramy. Zemścimy. Odpłacimy za te wszystkie razy. Za te wszystkie połamane wędki. Zarekwirowane łyżwy i bolesne kopniaki w pośladki.

Trzeba tylko wziąć długiego kija i rozsmarować dokładnie gówno po całej łódce. Po burtach, ławkach do siedzenia i tych miejscach, które z pewnością będzie dotykał. No, i oczywiście nie można zapomnieć o wiosłach. Dokładnie. Każdy centymetr powierzchni. Podwójna warstwa.

I ta dokładność nas zgubiła! Zbyt pochłonęła. Uśpiła czujność.

Spadł na mnie jak jastrząb na kuropatwę. Stawowy Kołodziej. Znienacka. Dobrze wybrał ofiarę. Najmłodszą. Najsłabszą. Najwolniejszą.

Kopniak był bolesny i tak mocny, że aż wywrócił mnie na plecy. Stawowy Kołodziej stanął nade mną jak posąg. Nawet nie krzyczał. Uśmiechał się w milczeniu. Ale ten jego uśmiech nie wróżył niczego dobrego.

Wyskakujące ostrze sprężynowego noża błysnęło w jego dłoni z metalicznym kliknięciem.

– Zaraz cię wymiśkuję jak prosiaka – powiedział miękkim, aksamitnym głosem i zaraz dodał: – Już nie wetkniesz swojej kuśki w żadną szparkę do końca życia.

Dziwne, ale mimo że leżysz na plecach pośrodku grobli, a nad tobą stoi facet z nożem w ręku, to i tak nie wierzysz, że stanie ci się coś złego. Nie dociera do ciebie. Być może wciąż rozpiera cię to uniesienie spowodowane robieniem psikusa.

Ale to mija. Bardzo szybko. Zamienia się w strach. Paniczny. Zwierzęcy.

Stawowy Kołodziej złapał mnie za stopę. Jego uścisk był mocny i pewny. Żelazny. Jak imadło.

Druga ręka, uzbrojona w nóż, nieuchronnie zbliżała się do mojego krocza.

I wtedy to nadchodzi. Zobojętnienie. Oderwanie. Jakbyś oglądał siebie na ekranie telewizora.

Jedyne, co możesz zrobić, to zacząć się modlić. Żeby stał się cud. Żeby dostał zawału. Żeby trafił mu się wylew. Albo, żeby strzelił go piorun.

– Zostaw dzieciaka – ktoś powiedział obojętnie.

To Krawczyk. Właśnie przyjechał rowerem. Stoi na grobli.

– Zobacz, co smarkacz zrobił – powiedział Kołodziej, wskazując głowę łódkę. – Złapałem go na gorącym uczynku. Reszta uciekła. Ale wiem, od kogo byli. Jeszcze ich dorwiemy.

Krawczyk oparł rower o drzewo. Zaczął obmacywać kieszenie. W końcu wydobył zmiętą paczkę papierosów ze znajdującej się na piersi kieszeni szarej bluzy i podsunął Kołodziejowi. Ten zawahał się chwilę. Sięgnął po papierosa. Błysnął płomień zapalniczki. Obaj przypalili papierosy, zaciągając się głęboko.

Palili w milczeniu, przypatrując się mi obojętnym wzrokiem.

– Wal do domu – powiedział Krawczyk do stawowego Kołodzieja. – Ja się nim zajmę.

Kołodziej potrząsnął głową.

– Trzeba dać mu taką nauczkę, żeby gówniarz popamiętał do końca życia – rzekł.

Krawczyk skinął głową.

– Już ja go przypilnuję – rzekł. – Nie puszczę go stąd, aż wszystkiego nie zmyje, choćby musiał wszystko wylizać językiem na glanc!

Kołodziej spojrzał na zegarek. Jeszcze się wahał, ale w końcu skinął głową.

– Dobra – powiedział.

I poszedł. Jeszcze przez chwilę słychać było jego kroki, a potem pozostał tylko szum trzciny.

Krawczyk zapalił kolejnego papierosa. Stanął na skraju grobli wpatrując się w falująca powierzchnię wody.

– Idź już do domu – powiedział, nie odwracając do mnie głowy. – Ty już i tak masz dosyć na dzisiaj.

Kiedy pośpiesznie odchodziłem stamtąd wciąż stał i palił papierosa.

* * *

– Chyba ma się burzę – stwierdziła mama, nakładając mizerię na mój talerz i dodała jakby do siebie: – Coś od rana łamie mnie w kościach.

Siedzieliśmy wszyscy przy stole w kuchni, jedząc niedzielny obiad. Było słoneczne popołudnie i jaskrawe słońce sprawiało, że kolory były jakieś żywsze niż zazwyczaj. Woda na stawach prześwitująca przez wąski pasek lasu miała lazurowy odcień jak na tych pocztówkach z tropikalnych rajów.

– Niemożliwe – powiedział tata, sięgając po kurczaka z półmiska na stole.

Nie dokończył, kiedy najpierw usłyszeliśmy głośny, narastający syk. A ułamek sekundy później rozdzierający uszy huk. I błysk. Tata aż wypuścił z palców udko kurczaka, mama westchnęła, a ja skuliłem się w sobie, jak przestraszony jeż na asfalcie.

– Ale walnęło! – powiedział tata, spoglądając w okno. – Zdaje się gdzieś na stawach.

Mama miała poszarzałą twarz. Przeżegnała się.

– Żeby tylko nie było z tego jakiegoś nieszczęścia – powiedziała cicho i spytała tatę: – Czy to nie Kołodziej ma dzisiaj zmianę? Chyba widziałam go rano na rowerze.

Tata wzruszył ramionami i wgryzł się z zapałem w drób.

* * *

Ja też tam pobiegłem.

Z drżącym sercem. Ze ściśniętym gardłem. Z dziecięcym strachem napędzanym przez dziecięcą ciekawość.

Ale też z nadzieją.

Otaczał go rosnący z każdą chwilą tłum ludzi. Nikt nie płakał. Nikt nic nie mówił. Wszyscy stali w całkowitej ciszy.

I ta cisza była najgorsza.

Przecisnąłem się pomiędzy gapiami. Ktoś się rozstąpił. Ktoś syknął z irytacją. Serce tłukło mi jak oszalałe. Bałem się. Ale coś kazało mi zobaczyć go.

Leżał na grobli.

Już z daleka zobaczyłem jego nogi. Gołe. Bez tych jego gumowych butów. Sine. Ziemiste.

Stawowy Krawczyk leżał na brzuchu.

Na pierwszy rzut oka wyglądał jakby spał.

 

50 komentarzy

  1. Ja podchodzę do tematu trochę inaczej. Moja mama nie pozwalała, aby życzyć komuś śmierci. Mówiła, nawet tak nie myśl. Więc znalazłam inne przekleństwo. Aby kogoś spotkało to samo co mnie. Nie gorsze, dokładnie takie samo. Mnie jest lepiej, a i nie życzę najgorszego 🙂

  2. Masz niesamowity warsztat.
    Czytając mrowi i przeraża chwilami.
    Wiele zmian na stronie się pojawiło.
    Podoba mi się.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

    Atropa Belladonna VC
  3. Rewelacja! Za każdym razem wciąga mnie tak samo! :)) Nidy nie życzę nikomu źle. I zawsze daję drugą szansę (a nawet piętnastą i każdą kolejną! – choć kiepsko na tym wychodzę). Ale wierzę, że ludzie mogą się zmienić, choć w rzeczywistości rzadko tak się dzieje…
    Pozdrawiam, Magda (www.sewama.pl)

    Magda Tomaszewska
  4. Rewelacja! Za każdym razem wciąga mnie tak samo! :)) Nidy nie życzę nikomu źle. I zawsze daję drugą szansę (a nawet piętnastą i każdą kolejną! – choć kiepsko na tym wychodzę). Ale wierzę, że ludzie mogą się zmienić, choć w rzeczywistości rzadko tak się dzieje…
    Pozdrawiam, Magda (www.sewama.pl)

    Magda Tomaszewska
  5. Rewelacja! Za każdym razem wciąga mnie tak samo! :)) Nidy nie życzę nikomu źle. I zawsze daję drugą szansę (a nawet piętnastą i każdą kolejną! – choć kiepsko na tym wychodzę). Ale wierzę, że ludzie mogą się zmienić, choć w rzeczywistości rzadko tak się dzieje…
    Pozdrawiam, Magda (www.sewama.pl)

    Magda Tomaszewska
  6. Świetnie piszesz! Nigdy nie życzyłam nikomu śmierci, ale nie powiem, że nie życzyłam źle. Kiedy słyszę o skatowanych dzieciach lub zwierzętach, mimo wszystko chciałabym, aby oprawcy doświadczyli takiej samej krzywdy i bezsilności, jak niewinne stworzenia, niezdolne do samoobrony.

  7. Ja podchodzę do tematu trochę inaczej. Moja mama nie pozwalała, aby życzyć komuś śmierci. Mówiła, nawet tak nie myśl. Więc znalazłam inne przekleństwo. Aby kogoś spotkało to samo co mnie. Nie gorsze, dokładnie takie samo. Mnie jest lepiej, a i nie życzę najgorszego 🙂

  8. Świetnie piszesz! Nigdy nie życzyłam nikomu śmierci, ale nie powiem, że nie życzyłam źle. Kiedy słyszę o skatowanych dzieciach lub zwierzętach, mimo wszystko chciałabym, aby oprawcy doświadczyli takiej samej krzywdy i bezsilności, jak niewinne stworzenia, niezdolne do samoobrony.

  9. Masz niesamowity warsztat.
    Czytając mrowi i przeraża chwilami.
    Wiele zmian na stronie się pojawiło.
    Podoba mi się.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

    Atropa Belladonna VC

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *